Niecałe 700 kilometrów pokonanych na rowerze, w ciągu trwającej 10 dni wycieczki. Bez dużych przewyższeń, wiejącego w twarz wiatru, męczących upałów. Dla przeciętnego kolarza to żaden wyczyn, ale Mariusz nie jest typowym rowerzystą. Od lat udowadnia, że chcieć znaczy móc i nawet mając poważne schorzenie, można korzystać z życia. Podczas wyprawy promował aktywność osób niepełnosprawnych oraz akcję, która umożliwia mu pozyskiwanie środków na rehabilitację “1% - Jestem Wasz jedyny”.

Rehabilitacja na trzech kółkach

Mariusz urodził się z porażeniem mózgowym. Niepełnosprawność nigdy nie była w stanie zastopować w nim ciekawości świata. Ograniczenia? Owszem są, ale doskonale sobie z nimi radzi. Jeździć na rowerze, nauczył się wcześniej niż chodzić. Jest aktywny zawodowo: pracuje jako administrator stron internetowych oraz projektant grafiki użytkowej.

Dla Mariusza rower jest najlepszą formą rehabilitacji - niezbędnej, jeśli przy tym schorzeniu chce się zachować sporą samodzielność. Gdy tylko nadarzy się okazja i obowiązki zawodowe na to pozwalają, wsiada na trójkołowca, by pognać gdzieś przed siebie. Zna niemal każdą dróżkę w okolicach Rybnika, często zapuszcza się w Beskidy lub do naszych południowych sąsiadów. Na swym nietypowym rowerze, przygotowanym “pod wymiar” przez jedną z czeskich firm, w ciągu 5 lat pokonał ponad 15 000 km!

Ahoj przygodo!

Ale kto powiedział, że rowerowe wycieczki muszą trwać jeden dzień i prowadzić trasami koło domu? Gdy tylko pojawił się pomysł wielodniowej wyprawy, Mariusz długo się nie zastanawiał. Europejska szlak rowerowy R10 był idealną opcją na początek. Nie cały, bo na pełne okrążenie Bałtyku trzeba by poświęcić chyba ze trzy miesiące. Na pierwszą wyprawę rehabilitacyjną idealnie nadawał się odcinek ze Świnoujścia do Gdańska. Mariuszowi towarzyszyć miała trójka kolegów: Kuba, Wojtek i Rafał. Dobry team to warunek konieczny, gdy myśli się o dalekich wojażach.

Najpierw logistyka

Pomysł zrodził się spontanicznie, gdzieś w połowie lata, więc żeby mógł zostać zrealizowany, należało dosyć mocno się sprężyć i ogarnąć kilka rzeczy: najpierw załatwić urlopy, potem dograć kwestie transportowe, a na koniec przemyśleć sprawę noclegów. Przewiezienie czterech rowerów (w tym jednego bardzo nietypowego), w środku sezonu, na drugi koniec Polski to nie jest łatwa sprawa. Kolarze byli zdani na kolej. Trzeba było znaleźć składy z wagonami przystosowanymi do przewozu bicykli i liczyć na to, że są w nich jeszcze wolne haki. Przez to konieczna była niewielka korekta planów. Wyjazd przesunął się o dwa dni.

Nie taka kolej straszna!

Podróże koleją niosą za sobą jakiś pierwiastek niepewności. Co będzie, jeśli pierwszy pociąg się spóźni? Czy zmieści się sprzęt, który odbiega gabarytami od typowych rowerów? A może podstawią zupełnie inny skład? Na szczęście tym razem obyło się bez komplikacji. Mariusz wraz z teamem sprawnie dotarli do Świnoujścia. Wygodne miejsca siedzące z widokiem na spory przedział rowerowy to świetny pomysł! Ma się pełną kontrolę nad tym, co dzieje się ze sprzętem, czyli też większy spokój.

Rozruch

Symboliczne miejsce startu wyznaczał pomnik postawiony przy szlaku R10, w miejscu gdzie trasa rowerowa przekracza granicę polsko-niemiecką. Ale zanim rowerzyści oficjalnie zaczęli swoją wyprawę, zafundowali sobie bardzo krótki rekonesans niemieckiej części szlaku. Ech, gdyby wszystkie ścieżki rowerowe prezentowały się tak, jak ta w miejscowości Ahlbeck!

W Świnoujściu jest już trochę gorzej, ale nie ma co narzekać. Na peryferiach miasta szlak skręca do lasu. - Nie jedźcie tamtędy, bo może być grząsko - radzi właściciel pensjonatu. W tych kwestiach warto zdać się na opinię “tubylców”. Rowerowi Mariusza daleko do wersji MTB, a małe kółka wyraźnie nie lubią piasku. Już pierwszego dnia, trzeba lekko zboczyć ze szlaku. W kolejnych dniach, takie “skoki w bok” będą się jeszcze powtarzać.

Czar PRL-u

Pierwszy dzień wyprawy był także małą podróżą w czasie. Po opuszczeniu Niemiec, gdzie wszystko jest uporządkowane i - ponoć - nawet piasek na plaży bardziej gładki, ekipa dotarła na pole namiotowe w Międzywodziu. Tam czas jakby się zatrzymał. Wystrój domku letniskowego przypominał o epoce słusznie minionej, a rozwiązania techniczne o tym, że prowizorka należy do rozwiązań najbardziej trwałych. No cóż, jak mało przestrzeni, to kuchnię można przecież połączyć z łazienką, a do kabiny prysznicowej poprowadzić wodę obejściem ze zlewu.

Mała improwizacja

To był drugi, a zarazem ostatni, z noclegów, jakie rowerzyści zarezerwowali jeszcze przed wyprawą. Chociaż nieraz słyszeli, że wyjazd nad morze w sezonie, bez zaklepanego łóżka w pensjonacie, to zagranie mało rozważne, postanowili zaryzykować. Brak szczegółowego planu ma też jeden wielki plus: skoro go nie ma, to nie trzeba się go kurczowo trzymać. Trasę można modyfikować w trakcie jazdy, biorąc pod uwagę pogodę, siły czy nawet nastrój.

Plażing i zwiedzanie

Skoro już dotarło się nad morze, to trudno odmówić sobie zaliczenia kilku plaż. Pokusa była silniejsza, gdyż pogoda zaczynała się klarować. Każda nadprogramowa przerwa oznaczała jednak mniej kilometrów na licznikach. Ale czy można ominąć ruiny kościółka w Trzęsaczu oraz malownicze klify? Drugiego dnia rowerzyści dotarli zaledwie do Rewala (no cóż, trzeba to będzie nadrobić). Co ważne: już pierwsza próba znalezienia noclegu zakończyła się sukcesem! Albo to kwestia szczęścia, albo wcześniejsze obawy były na wyrost.

W mżawce do Mrzeżyna

Trasa R10 czasami oddala się od Bałtyku, najmocniej chyba za Pogorzelicą. Ale zaraz, zaraz… na mapie jest skrót, które pozwala zaoszczędzić co najmniej kilkanaście kilometrów. Przezorność nakazywała zaczerpnąć uprzednio języka. - Bez problemu przejedziecie, tylko trochę was wytrzepie - zapewniali napotkani rowerzyści. 

Bo trzeba wiedzieć, że pod pojęciem “szlak rowerowy” mogą kryć się różnego typu nawierzchnie. Dla Mariusza najgorsze są polne drogi, na których spada tempo i rosną... obawy, czy gdzieś nie pojawi się piach. Trochę lepszą opcją są - niezwykle popularne nad morzem - betonowe płyty Jumbo. Nie ma tu mowy o szybkim tempie i wygodzie (drążone środki, skutecznie uprzykrzają jazdę), za to jest gwarancja twardego podłoża. 

Wspomniany skrót w większości wyłożony został granitową kostką. Taka nawierzchnia doskonale prezentuje się na ryneczkach malowniczych miast, ale dla rowerzystów mknących w mżawce przez las jest udręką. Mimo takich niedogodności ekipa dosyć sprawnie dotarła do Mrzeżyna.

Rowerowy raj

Okolice Kołobrzegu to rejon, który z czystym sumieniem można polecić miłośnikom kolarstwa. Wiele ścieżek pokrytych zostało asfaltem, niektóre niewiele mniej wygodną, betonową kostką. Nawet przejazd przez spore - bądź co bądź - miasto nie był problemem. Owszem, czasami trzeba było zwolnić, by stosunkowo szeroki trójkołowiec mógł minąć się z innymi rowerami. Mimo wszystko jechało się przyjemnie.

Mówią: co się odwlecze to nie uciecze. W Łazach R10 znowu skręca w głąb lądu. Tym razem jednak alternatywy brak. Rowerzyści nie byli zadowoleni, że stracą z oczu Bałtyk. Dobre humory szybko jednak wróciły. Trasa okrążająca od południa Jezioro Bukowo jest bardzo malownicza, a nawierzchnia ścieżki dla rowerów miejscami o kilka klas lepsza, niż biegnącej równolegle drogi dla aut.

Wyjątek dla kolarzy

Łatwość, z jaką udało się znaleźć nocleg w Rewalu, uspokoił ekipę - być może trochę za bardzo. W Ustroniu Morskim poszukiwania trwały zdecydowanie dłużej. Skąd te problemy? Rowerzyści nie wzięli pod uwagę, że trafi im się “podwójna kumulacja”: środek sezonu i długi sierpniowy weekend. Przy coraz mocniej zacinającym deszczu wizja noclegu na plaży nie mogła napawać optymizmem. Kilkanaście wykonanych telefonów i w końcu do ekipy dotarły dobre wieści: –W zasadzie, to nie wynajmujemy pokoi na jedną noc, ale do rowerzystów i „chodziarzy” mam słabość. Ten sam argument usłyszeli w Darłowie. Mimo że miasteczko przeżywało niesamowite oblężenie, Mariusz i koledzy otrzymali niezły apartament w bardzo przyzwoitej cenie. 

W malowniczej Ustce ostatnią deską ratunku zdawała się być Informacja Turystyczna. Opłacało się wejść i zapytać - Rafał przyniósł stamtąd karteczkę z cennymi numerami. Dopiero ostatni okazał się wybawieniem. Fakt, że trzeba przemieścić się na peryferie, nie zepsuł ekipie humorów. Także w tym pensjonacie, kolarze byli mile widziani.

Trójkołowiec na bagnach

Piątego dnia ekipa przekracza granice województw. Szlak R10 w pomorskim nie jest już tak dobrze przygotowany. Do tego pojawiły się problemy z nawigacją. Chociaż oznaczenia trasy od początku pozostawiały wiele do życzenia, to wcześniej wystarczyło się trzymać wydzielonej ścieżki. Tutaj sporo odcinków prowadziło drogami publicznymi o mniejszym natężeniu ruchu. Można było się pogubić. Mariusz i jego koledzy posiłkowali się dwiema papierowymi mapami: według jednej Jezioro Gardno okrążyć trzeba było od południa, druga twierdziła, że od północy.

Nieścisłości było więcej - kolarze brutalnie przekonali się o tym za miejscowością Kluki. To co na mapach wyglądało jak pięknie utrzymana droga rowerowa, okazało się przeprawą przez… bagna. Nad najbardziej podmokłymi fragmentami prowadziły, co prawda, drewniane mostki. Strome, gwałtownie się urywające podjazdy, sprawić mogły problemy normalnym rowerom. Niewykluczone, że Mariusz był pierwszą osobą, która zmierzyła się z tą trasą na trójkołowcu. Udało się, choć przy małej pomocy kolegów. O skali trudności tego odcinka, najlepiej świadczy średnia prędkość: niewiele ponad 2 km/h. 

Rozbrat ze ścieżkami

Okolice Łeby Mariusz zna jak własną kieszeń - od przeszło dwudziestu lat przyjeżdża tam na rehabilitację. Wie, że jeśli trasa prowadzi polną drogą, to jest duże prawdopodobieństwo, że jego rower zakopie się w piaskach. Doświadczenia z bagnami też zrobiły swoje. Ekipa zamieniła szlaki rowerowe na drogi wojewódzkie. Chociaż na Kaszubach nie brakuje górek, a po drodze zdarzały się małe awarie, kolarze dosyć szybko zameldowali się w Chłapowie.

Wyboista mierzeja

Z Chłapowa jest już “rzut beretem” na Hel. Chociaż ta trasa widniała w planie, jako dodatkowy punkt programu, chyba nikomu w ekipie nie przyszło na myśl, że można z niej zrezygnować. Mariusz opracował sprytny plan. Żeby półwysep pokonać na lekko, trzeba było zamówić w pensjonacie dodatkowy nocleg. Pierwsze zaskoczenie: do Helu (czego nie było na naszych mapach) prowadzi trasa R10. Drugie zaskoczenie: niespodziewane trudności. Gładką, betonową kostkę w pewnym momencie zastąpiła droga gruntowa, a ostatnie dziesięć kilometrów zamieniło się w roller coaster! Dwu lub trzymetrowe hopki na początku może i są zabawne, ale po kilku minutach zaczynają dawać w kość. Trzeba też wzmóc ostrożność, bo nie wiadomo, czy zza wzniesienia ktoś nagle nie wyskoczy. Ukształtowanie terenu nie ułatwiało Mariuszowi zadania. Tempo znacznie spadło, a droga niemiłosiernie się dłużyła. Na końcu czekała jednak nagroda - zdjęcie przy pomniku "Hel. Początek Polski".

Wyprawa przez Trójmiasto

Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Rowerzystom ze Śląska na deser został przejazd z Chłapowa do Gdańska. Szlak R10 doprowadził ekipę do rogatek Gdyni, po czym jakby się gdzieś rozpłynął. Rzut oka na mapę. Hmmm… Tam też była wielka biała plama. Trzeba było więc przejść na nawigację. Mimo ułatwień technologicznych, nie obyło się bez problemów. W Gdyni ścieżka “droczyła się” z kolarzami, pojawiając się raz po lewej, innym razem po prawej stronie ruchliwej szosy. Chwila nieuwagi i rowerzyści jechali już zwykłym chodnikiem, a każda próba skorygowania trasy kończyła się terenową przeszkodą. Dalsze kluczenie nie miało sensu. Najprostszym rozwiązaniem było przeniesienie sprzętu przez strome schody. 

Później było zdecydowanie lepiej, ale gdy rowerzyści zaczęli chwalić ścieżkę, ta najzwyczajniej w świecie się urwała, wprowadzając ekipę w lekką konsternację. Nieopodal sopockiego mola, kolarze odnaleźli prawdziwą rowerową ekspresówkę. Przejazd przez Gdańsk to przyjemność, bo gęsta sieć dróg dla rowerów daje duże możliwości.

Zamieszanie z peronami

Dworzec kolejowy w Gdańsku jest remontowany, więc nie można skorzystać z wind. Gdy ma się rowery, a w ekipie jest osoba niepełnosprawna, przeprawa przez tunel podziemny i schody zajmuje trochę czasu. Dobrze jest więc dotrzeć na peron z odpowiednim wyprzedzeniem. Peron, ale który? Awaria jednego z pociągów dezorganizuje życie podróżnym, którzy nasłuchują komunikatów o zmianach. Zrobiło się nerwowo, bo jeśli taką informację podaliby zbyt późno, albo bardzo niewyraźnie rowerzyści mogli nie zdążyć przejść na platformę, z które odjeżdża właściwy skład. Pomimo ogólnego pośpiechu znalazło się miejsce na życzliwość. Inni podróżni zaoferowali pomoc. Zmiana peronu nie pokrzyżowała planów.

Trasa w liczbach

Rowerzyści pokonywali dziennie od 31 km (Międzywodzie – Rewal) do 93 km (Ustka – Łeba). Ponieważ na trasie czasami się rozdzielali, wskazania liczników są różne. Najwięcej przejechał Mariusz, który podczas przerwy w Łebie postawił na aktywny wypoczynek na trzech kółkach. Od momentu, gdy w Świnoujściu wysiadł z pociągu, pokonał w sumie 687 km! To liczba dużo większa od zakładanej, także ze względu na objazdy i wycieczki po odwiedzanych miejscowościach.

Chcieć, znaczy móc

Trasa ze Świnoujścia do Gdańska to wyprawowy debiut na koncie teamu i pierwsza wielodniowa wycieczka dla trzech z czwórki uczestników. Plan nie mógł być więc zbyt ambitny. Zresztą nie taka była idea. Tu nie chodziło o bicie rekordów, ale o pokonywanie kolejnych barier i własnych słabości oraz czerpanie radości z podróżowania. Mariusz miał też okazję sprawdzić, czy szlak prowadzący wzdłuż polskiego wybrzeża jest przystosowany do potrzeb rowerzystów takich, jak on - poruszających się na nietypowych rowerach.

Rowerzysta spod Rybnika od lat udowadnia, że chcieć znaczy móc i nawet mając poważne schorzenie, można korzystać z życia. Podczas wyprawy promował aktywność osób niepełnosprawnych oraz akcję, która umożliwia mu pozyskiwanie środków na rehabilitację “1% - Jestem Wasz jedyny”.

Uczestnicy wyprawy spotkali się z dużą życzliwością, za którą serdecznie dziękują. Budujące były zarówno rozmowy na trasie, jak i wpisy w mediach społecznościowych oraz informacje, że byli gdzieś widziani. Po wyprawie zostały wspomnienia oraz liczne zdjęcia. Część z nich ma szansę znaleźć się wydawanym przez Mariusza kalendarzu, o którym za jakiś czas przeczytać będzie można na stronie www.mariusz.pol-media.com.pl oraz https://www.facebook.com/Kalendarz2019.

Mariuszowi pomóc można także wtedy, gdy rozliczamy się z fiskusem. Wystarczy w formularzu PIT wpisać:

 

KRS: 0000223366

Koniecznie z dopiskiem: "Rehabilitacja Mariusza"

 

Można też przekazać dowolną darowiznę:

Volkswagen Bank nr: 47 2130 0004 2001 0323 7526 0002

Koniecznie z dopiskiem: "Na cele statutowe - Rehabilitacja Mariusza"

 

Adresat: Centrum Społecznego Rozwoju

43-190 Mikołów

ul. Jana Pawła II 1/2

 

Autorzy: "Mariusz & Team"

Autor zdjęć: Rafał Czarnecki