Zapraszamy do lektury ostatniej już części felietonu pani Anny Lepiarczyk.

Zastanawia mnie od wielu lat, jak Ślązaczki dają sobie radę z gotowaniem tradycyjnego, niedzielnego śląskiego obiadu, tzn. rosołu, rolady, modrej kapusty, klusek z sosem i "kumpotu*". Ja taki obiad z pomocą męża gotuję dwa dni. Zaczynam w sobotę. Najpierw robię kapustę: siekam, daję cebulę, świeżą i smażoną, ocet, cukier, boczek lub słoninę. Mąż w tym czasie klepie rolady. Potem robię kompot, potem rolady: solę mięso, smaruję musztardą, posypuję pieprzem, kładę paski boczku i kostki cebuli, zwijam, omotuję nicią, kładę do garnka, przykrywam i daję na balkon. Moja teściowa, jak miała mało mięsa, kroiła je w cienkie plastry i do każdej rolady dodawała trochę ryżu, który w trakcie gotowania pęczniał, dzięki czemu rolada była grubsza. W niedzielę mąż obiera gar ziemniaków, bo sam zje z 30 klusek, gotuję, odcedzam, przepuszczam przez prasę, studzę. Wcześniej nastawiam rosół z mieszanego mięsa i wolno gotuję.  Robię ciasto na kluski, smażę rolady i „pyrszczę*” (czyli duszę i smażę). Robię kluski po dwie na raz, gotuję. Gotowanie klusek to nie gotowanie pierogów! Gotuje się je etapami, wręcz z namaszczeniem! W międzyczasie robię sos. O 14:00 obiad gotowy. Gotowanie trwało DWA DNI!. Jak to organizują Ślązaczki, że obiad jest gotowy w niedzielę o 12 w południe? Ja taki obiad robię tylko od czasu do czasu, a Ślązaczki prawie co niedzielę. Muszę się jednak pochwalić, jestem dobrą kucharką, a moja kuchnia śląsko-gorolska jest urozmaicona i ciekawa.

Obiad niedzielny w mojej rodzinie wyglądał inaczej (jeśli chodzi o menu i tzw. logistykę, czyli organizację). W sobotę wieczorem ojciec zabijał koguta lub kurę. Mama polewała drób wrzątkiem w cebrzyku[1], żeby było łatwiej oskubać pióra. Zapach rozchodził sie wtedy nieprzyjemny. Raz zdarzyło się coś w rodzaju horroru! Ojciec kiedyś nie trafił siekierką w szyję ptaka, lecz obciął mu pół grzebienia na jego głowie! Wystraszony kogut uciekł z gdakaniem i latał dookoła podwórka jak oszalały. Życie zostało mu darowane jak skazańcowi, którego kat z pierwszym razem nie uśmiercił. Po oskubaniu koguta lub kury następowało patroszenie, przy czym trzeba było uważać, aby nie uszkodzić czegoś tam w środku (prawdopodobnie woreczka żółciowego). Mama mówiła "uważaj na żółć". Gdyby tak się stało, całe mięso mogłoby być gorzkie. Mamie udawało się zawsze tego uniknąć.

Jeśli było lato, w czasie, gdy jeszcze nie mieliśmy lodówki, korpus ptaka napychało się pokrzywami i dawało do piwnicy- żeby się nie zaśmierdział. Czasami ojciec zabijał drób w niedzielę rano, wtedy od razu nastawiało się mięso na rosół na blaszanym piecu. Wierzcie mi - ten rosół miał zupełnie inny smak niż gotowany na gazie. Więc rosół "bulkał" od ósmej rano na piecu a mama zagniatała makaron. Rozwałkowane 2 lub 3 placki podsuszały się na lnianym ręczniku, po gorolsku "ścierce*".

UWAGA: na makaron Gorole mówią "kluski" a ścierka to wg męża "zacierka", co może być następnym źródłem nieporozumienia Goroli  ze Ślązakami.

Potem mama robiła obrządek inwentarza a rosół na wolnym ogniu gotował się "mrugając" - pyk, pyk. Po obrządku mama obierała ziemniaki, kroiła makaron i gotowała go. Z siostrą robiłyśmy surówki wg przepisów przywiezionych z miasta, chociaż moja mama też 2 lub 3 rodzaje surówek znała i robiła. Kompot i ciasto zrobione były wcześniej. Danie mięsne stanowiły części owego drobiu, wyjęte z rosołu - panierowane o ile ten kogut czy kura były młode i miękkie. Zdarzały się też kotlety wieprzowe, zwane sznyclami, panierowane tylko w jajku i mące, bez bułki tartej. Bułkę tarta wprowadziłyśmy z siostrą wg kuchni miejskiej. Dla Ślązaków kotlet to ww. sznycel a dla goroli kotlet to śląskie klopsy. Na niedzielny obiad kotlety mielone czyli śląskie klopsy też bywały. Jeśli rosół był ugotowany na mięsie wołowym, jadło się to mięso pod nazwą "sztuka mięsa", która czasami była polewana sosem chrzanowym. W czasie średniego PRL-u (lata 60-te) nawet na wsi było o mięso trudno. Zazwyczaj jadło się go w niedzielę. Do obiadu ojciec zawsze nalewał po kieliszku mocnej nalewki na spirytusie, która była własnej roboty - "żeby sie lepiej trawiło". Obiad kończył się kompotem i ciastem.

Powiedzcie sami. Czy ten "gorolski obiad*" nie był równie wspaniały jak ten śląski?

Kochani Ślązacy! Bardzo Was lubię, podziwiam i jestem Wami zauroczona, dlatego zostałam u Was na całe życie. Różnicie się jednak od goroli zarówno w sensie pozytywnym, jak i - czasami w mniej korzystny sposób. Z moich obserwacji wynika, że jesteście zupełnie odrębną nacją pod względem mowy, zwyczajów, kuchni i mentalności. Szkoda tylko, że Wasza piękna gwara zanika i Wasza Śląskość powoli też. Pilnujcie jak możecie tych skarbów

Miejcie się z Bogiem – Gorolka Ana.

Teraz może być inaczej, niż to wyraziłam w swojej obserwacji i może nie zgodzicie się ze mną. Myślę jednak, że wiele faktów jest nadal takich samych. Możliwe, że pomyślicie „co ta Gorolka fanzoli”* alemyślę też, że nie jest łatwo ocenić samego siebie.

 

Słowa, które zdążyłam zanotować, usłyszane w Klubu Seniora MAROKO - NOWINY:

- Parzok, warzkuchnia – kuchnia letnia

- Tyta – rożek pierwszoklasisty

- Gorol – taki co przyjechał na Śląsk, ten Polok

- Hanys - Janek

- Ficowanie – cerowanie

- Srogi – wielki

- Kunkastla – węglarka

- Pecynka – bochenek chleba

- Putnia – pudełko

- Cicia papała – coś się zgubiło (kot zjadł)

 

Opracowanie felietonu: Anna Lepiarczyk


[1] cebrzyk - naczynie w rodzaju małej metalowej wanienki.