W sąsiednich Gliwicach w parku Szwajcaria znajdziemy restaurację o tej samej nazwie. Malownicze położenie i spokojna okolica to niewątpliwie zalety tego lokalu. Miejsce to cieszy się dużym zainteresowaniem, co niestety wpływa na jakość obsługi klientów. Zjedliśmy tu jedno z najlepszych i jedno z najgorszych dań podczas naszych tegorocznych podróży kulinarnych.

Zacznijmy od położenia - Park Szwajcaria znajduje się na ul. Łabędzkiej, ok. 3 kilometrów od centrum Gliwic. Do restauracji prowadzi dość wyboista droga i gdyby nie GPS-s oraz przydrożna tablica, przegapilibyśmy to miejsce. Miejsc parkingowych jest sporo. 

Mimo dużego obłożenia restauracji w niedzielne popołudnie, bez problemu znalazł się stolik dla naszej czwórki. Po lewej stronie od wejścia znajduje się jedna sala (w tym dniu odbywało się przyjęcie), w głębi kolejna - duża, jasna i przestronna, z oknami wychodzącymi na taras i park. Wnętrze minimalistyczne, bez zbędnych bibelotów, przypominające loft. Ładny długi stolik barowy, trochę nieporęczne fotele przy stolikach. Na ścianach wiszą repliki znanych obrazów, wnętrze zdobią też lampiony i świeże kwiaty. Lokal jest klimatyzowany. W pobliżu toalety postawiono stolik z kolorowankami, grami i książeczkami dla najmłodszych gości. Toaleta, mimo tłumów gości, zadbana i czysta.

Karta dań jest przejrzysta. Znajdziemy tu dania kuchni "śląsko-polskiej z elementami dań kuchni szwajcarskiej". Ceny przystępne, za zupę zapłacimy od 9 do 13 zł. Z dań głównych restauracja proponuje m. in. filet z kaczej piersi, polędwiczki wieprzowe na sosie kurkowym, roladę śląską, okonia w sosie cytrynowym, policzki wołowe, perliczkę czy sznycle. 

Klientów, zwłaszcza przy odbywających się dwóch przyjęciach, było sporo. Zajęte były także wszystkie stoliki w ogródku. Przełożyło się to niestety na pracę kuchni i obsługi - czas oczekiwania na przystawkę wynosił co najmniej 45 minut, na danie główne trzeba było czekać ponad godzinę. Niektóre ze stolików były objęte rezerwacją, co nie zostało w porę oznaczone i gości, którzy już dość długi czas oczekiwali na posiłek, jeszcze proszono o zmianę miejsc. Kelnerzy nie interesowali się gośćmi, bo zwyczajnie nie mieli na to czasu. Brakowało także osób do obsługi stoiska z deserami, które ustawiono na tarasie, a do którego ustawiała się spora kolejka. Kierownik sali dwoił się i troił, ale ogólnie atmosfera w lokalu była dość nerwowa.

W oczekiwaniu na dania można pospacerować po niewielkim, aczkolwiek zadbanym parku. Na zewnątrz restauracji znajduje się też kilka sprzętów dla dzieci na czymś, co kiedyś mogło nosić miano placu zabaw - wyposażenie jest mocno podniszczone. Dobrym rozwiązaniem są natomiast osłonięte przed słońcem siedziska.

Zamówiliśmy kotlet szwajcarski z ziemniaczkami rösti i bukietem sałat (29 zł), stek ze schabu sous vide z sosem musztardowo-miodowym z karmelizowanym burakiem i ziemniakami (29 zł) oraz zestaw dla dziecka "Kurczak mały", czyli nuggetsy z kurczaka z frytkami i ketchupem (za 12 zł). Dania, na które przyszło nam czekać ponad godzinę, były bardzo nierówne: kotlet szwajcarski był żylasty, niedoprawiony, tłusty i w smaku po prostu byle jaki. Ziemniaczki całkiem smaczne, ale już przestudzone, bukiet sałat bardzo przeciętny. Doskonały za to był stek ze schabu: mięso miękkie, sos wyborny, można ze smakiem zjeść nawet bez dodatków. Burak al dente bardzo bardzo dobry. To danie było strzałem w dziesiątkę! "Kurczak mały" to równie dobry wybór dla dziecka: składniki są świeże, frytki ręcznie robione, surówka pyszna.

Nie zdecydowaliśmy się na desery z obawy, że przyjdzie nam na nie długo czekać. Kelnerzy też jakoś specjalnie nie nakłaniali gości do składania kolejnych zamówień, pewnie chcąc podtrzymać tempo dużej rotacji stolików. Jedno z nas wyszło z poczuciem, że zjadło najlepszy obiad tego lata, drugie - z niestrawnością i niedosytem.